Połówkowe podsumowania naszej budowy systemem zleconym

Jesteśmy mniej, więcej w połowie budowy. Korzystając z zimowej przerwy, postanowiliśmy dokonać weryfikacji naszych założeń, oceny przyjętych rozwiązań oraz bilansu czy też raczej subiektywnej, choć szczerej oceny dotychczasowej budowy. Ponieważ pisanie tego artykułu zajęło nieco dłużej niż planowałem (ponad 1 miesiąc) to było też sporo czasu na wieczorne rozmowy w gronie rodziny i dokonanie dokładniejszej oceny.

Dlaczego tak, a nie inaczej – czyli budowa systemem zleconym w założeniach.

Zanim przystąpiliśmy do budowy, mieliśmy wielokrotnie okazję na wysłuchanie wielu opowieści o budowie domów. Korzystając z tej wiedzy, zebraliśmy i podsumowaliśmy opinie znanych nam osób, które budowały lub budują domy. Po usystematyzowaniu wiedzy, mieliśmy dość liczne opinie, choć spektrum doświadczeń nie było zbyt szerokie. Najbardziej zdziwił nas fakt, że mało kto dobrze wspomina okres budowy.

“Walka” – to najczęściej wymieniany rzeczownik dotyczący budowy (czasem obłożony dosadnym przymiotnikiem). Sam proces budowy to według skrajnych opinii albo “fantastyczne wyzwanie, gdzie wreszcie się wykazałem/wykazałam” albo też “koszmarna decyzja, która wyrwała dwa lata z życia”.

Obie (oczywiście skrajne, choć statystycznie reprezentatywne) opcje nam nie odpowiadały. Szukaliśmy więc złotego środka.

Cały czas musieliśmy mieć na uwadze fakt, że budowa (czytaj Niewiesze) znajdzie się 50 km od obecnego miejsca zamieszkania i pracy (czytaj Katowice). Zdawaliśmy sobie sprawę, że w takich okolicznościach zarządzanie budową na odległość, będzie musiało skończyć się spektakularną klapą (taką w stylu Greka Zorby, a jakoś nigdy nie marzyliśmy o tańczeniu na zgliszczach).

Nasze obawy budowy systemem gospodarczym, czy bardziej gospodarczo-zleconym dotyczyły głównie:

  • nadzoru zdalnego nad budową (bywanie dwa razy dziennie na budowie wydawało nam się nierealne i niepraktyczne),
  • obsługą logistyki (zgranie kilku wykonawców, zakup materiału – szczególnie obsługa braków i dokupowanie materiałów),
  • problemami z gwarancją i odpowiedzialnością za dany etap prac – bardzo zależało nam na uniknięciu zwyczajowego “zwalania” winy na poprzedników.

Po długich debatach,  stwierdziliśmy, że musimy znaleźć firmę (partnera), która postawi nam dom niemal od A do Z.

Jak to się stało, czyli historia naszej decyzji.

Po wyborze sposobu budowy, rozpoczęliśmy poszukiwania wykonawcy i projektu (optymalnie wykonawcy oferującego projekt). Początkowo zwróciliśmy się w stronę konstrukcji szkieletowych, ale wciąż nie potrafiliśmy znaleźć tego jedynego, który by nas urzekł, a i co tu dużo mówić, zaskoczyły nas (in minus) ceny.

Zaczęliśmy przeglądanie projektów, celując w powierzchnię 100-120m2. Pierwszy wybór to z151. Wybrany przez nas projekt okazał się (po bliższym przyjrzeniu) mało ustawny (choć do dziś jesteśmy zauroczeni bryłą).

Kolejne projekty, też jakoś nie przechodziły próby czasu. W pewnym momencie postanowiliśmy odłożyć temat na rok lub dwa, gdy gdzieś w okolicy stycznia 2017 “wskoczyła” mi reklama DQM (z wizualizacją Vitry).

Może nie była to miłość od pierwszego wejrzenia, ale zostaliśmy (rodzinnie) zauroczeni. Po dłuższej analizie (razem z rysunkami na papierze milimetrowym i projektach komputerowych) stwierdziliśmy, że układ domu i jego wygląd jest do zaakceptowania przez naszą familię bez większych przeróbek.

Sam proces ustaleń i negocjacji umowy przebiegł raczej bezproblemowo. Nie zdradzając za dużo tajemnic umowy, to okazało się, że wszystkie nasze wątpliwości i obawy udało się rozwiązać odpowiednimi zapisami w umowie lub wynegocjować w zakresie prac.

Przyjęte rozwiązania, a rzeczywistość

Do samej budowy przystąpiliśmy z dużymi obawami, które na szczęście okazały się bezpodstawne.

Odnosząc się do kolejnych punktów z naszych obaw.

Nadzór nad budową sprowadził się do kilkunastu wizyt na budowie. Co w połączeniu z wizytami mojego Nadzoru inwestorskiego dało wgląd w postęp i jakość prac.

Do dziś pamiętam moje zdziwienie, gdy pierwszego dnia budowy musiałem na 1,5 godziny wyjechać rano. Po powrocie nie poznałem placu budowy! A na sam wjazd w ul. Wędkarską musiałem poczekać, bo akurat wyjeżdżały dwa samochody dostawcze. Przyznam, że to zrobiło na mnie wrażenie. I tak też było w kolejnych tygodniach. Gdy jedna ekipa kończyła więźbę dachową, to na plac budowy wjeżdżały dachówki i dekarze. Także z naszej perspektywy logistyka nie stanowiła żadnego problemu.

Przy okazji ilość różnego zaopatrzenia niezbędnego do budowy SSO był dla mnie osobiście zdumiewający. Sam plac budowy, co już wielokrotnie pisałem robił na nas bardzo pozytywne wrażenie. Wszystko dobrze zorganizowane i poustawiane. Na weekendy wyjazdowe (co 2 tygodnie) wszystko idealnie posprzątane (na ile da się w ogóle plac budowy posprzątać). Najważniejsze, że po okolicy nie latały papiery i folie z naszej budowy.

Z gwarancji nie musieliśmy korzystać, ale zgrywanie ekip (a pracowały 3) w ogóle nas nie interesowało.

Na koniec duży plus za komunikację z firmą. W sumie mam 3 osoby kontaktowe (kierownik projektu, kierownik budowy i nazwijmy to zastępca kierownika). Nigdy nie mieliśmy problemu z kontaktem, a moje (czasem śmieszne) pytania laika nigdy nie pozostawały bez odpowiedzi.

Bilans czyli plusy dodatnie i plusy ujemne

Według nas taki system budowy ma niewątpliwie kilka zalet:

  • mało absorbujący
  • szybkie tempo prac
  • jasna odpowiedzialność
  • ustalony i weryfikowalny zakres prac
  • w przypadku naszej budowy właściwie działamy bezstresowo.

A wady?

Prawdopodobnie, szukając każdego wykonawcy osobno i spędzając dni całe na szukaniu dostawców, dalibyśmy radę urwać co nieco z ceny. Odbyło by się to na pewno kosztem ogromu czasu i co tu dużo mówić zdrowia (przynajmniej doświadczenia naszych znajomych są jakie są).

Dla osób lubiących zmieniać decyzje, problemem (jakkolwiek to brzmi) może być bardzo wysokie tempo prac. Po prostu dom rośnie w oczach i naprawę nie ma czasu na modyfikacje już w trakcie budowy (choć dzięki dobrej komunikacji przed każdym etapem, nigdy nie mieliśmy takiej potrzeby).

Co dalej?

W marcu startujemy dalej i w 2-3 miesiące powinien być koniec prac ze strony DQM. Potem kończymy z wyposażeniem kotłowni, rekuperacją i wylewkami. Do tego płot i oczyszczalnia. Troszkę tego się uzbierało, ale jakoś damy radę.

Podsumowanie

Patrząc z perspektywy czasu nasz wybór póki co okazał się trafny i jeśli nie idealny, to przynajmniej z naszego punktu widzenia optymalny.

Moja żona zawsze mówi, że “jadąc na budowę myśli co nowego jest zrobione, a nie co jest spieprzone i trzeba poprawiać” – a to jest wartość sama w sobie, być może najcenniejsza.

Anegdotka

Wielokrotnie chwaliłem kolejne ekipy za język jakim się posługiwały. To naprawdę miła odmiana w stosunku do np. panów ocieplających sąsiedni blok w Katowicach, bo Ci ostatni umiłowali łacinę w każdej postaci. Co ciekawe jedno słowo (używają raptem dwóch czy trzech) służy do wydawania różnych poleceń. Przypuszczam, że konkretne znaczenie uzależnione jest od sposobu intonowania poszczególnych sylab.

A wracając do anegdotki. Podczas montażu więźby moja (najlepsza) żona pochwaliła ekipę za język (faktycznie posługiwali się prawidłową i nie “wtrącaną” polszczyzną). Lekko zażenowany młody człowiek podziękował, ale też przyznał, że różnie bywa i czasem jest bardziej “przerywnikowo”. W tym momencie z samochodu wysiadł szef(?) ekipy czy też firmy i puścił “wiązankę”, stosując wiele różnych wyrazów pochodzących ze staropolskiego i jak sądzę łaciny lub greki.

Mina montera była bezcenna.

 

Dodaj komentarz

avatar
  Subscribe  
Powiadom o